Młody bóg z lekką nadwagą

Kiedyś środek dnia był moim wrogiem numer jeden — zasypiałem na siedząco, mimo że niby spałem w nocy wystarczająco. Dziś? Zero. Ani jednego momentu, w którym ciało błagało o drzemkę. Chodzę cały dzień na pełnych obrotach i dopiero teraz widzę, ile ten ciągły zjazd energii wcześniej mi zabierał. To nie jest jeszcze waga na wadze — to jest głowa i ciało, które przestały się wlec. I tego uczucia nikt mi nie odbierze.

Z jedzeniem spokój, jakiego dawno nie miałem. Nie liczę każdego kęsa z paniką, nie wykreślam całych grup produktów — jem normalnie, wszystko. Cała robota polega na jednym: żeby na koniec dnia kalorie się zgadzały. Tyle. Bez wojny z talerzem, bez karania się za zwykły posiłek. Okazuje się, że kiedy pilnujesz sumy, a nie pojedynczego kawałka, głowa przestaje traktować jedzenie jak pole bitwy. I dopiero wtedy da się to ciągnąć dłużej niż tydzień.

Treningi porobione, dzień znów zaliczony — kolejny wygrany. Czuję się odmłodzony, pędzę za swoimi celami niczym młody bóg… no, chwilowo jeszcze z lekką nadwagą :p Ale to „chwilowo” jest tu najważniejszym słowem. Bóg z brzuchem to wciąż bóg w budowie. Jadę dalej.