Jest moc. Nadal prowadzę w tej wojnie, którą toczę sam ze sobą, i nadal idę do celu — bez zwalniania. Trening dzisiaj ogarnięty w całości, bez dyskusji i bez negocjacji z samym sobą. To już nie jest zryw na motywacji, to powoli staje się rytmem. A rytm jest silniejszy od zapału, bo nie pyta, czy dziś ci się chce.
Uczciwie: z kaloriami dziś przedobrzyłem. Wyszło ponad to, co miało wyjść. Ale najważniejsze zdarzyło się w głowie — jestem tego świadom. Widzę to na bieżąco i nazywam po imieniu, zamiast udawać przed sobą, że się nie stało. I to jest cała różnica między teraz a tym, jak było wcześniej: dawniej potknięcie było pretekstem, żeby odpuścić cały dzień, a potem cały tydzień. Dziś potknięcie to jedna zapisana linijka, nie koniec wojny. Nie płaczę nad tym. Notuję i lecę dalej.
I powiem mało skromnie, bo chyba mam do tego prawo: idzie mi to bardzo dobrze — jak na mnie. Nie porównuję się z nikim innym, tylko z tym facetem, którym byłem wcześniej. A ten dystans już widać. Świadomość zamiast wymówek, ruch zamiast leżenia, jeden gorszy element zamiast całego spalonego dnia. Jadę dalej.