Trzy dni upału, jeden dzień na regeneracji i jeden kilogram mniej. Tydzień, w którym nic mi się nie chciało — i w którym nic nie odpuściłem.
Są tygodnie, w których człowiek czuje się jak maszyna. Ten do nich nie należał.
Trzy dni, w których powietrze stało w miejscu
Od poniedziałku do środy było gorąco i duszno. Nie „ładna pogoda” — duszno. Koszulka mokra przed pierwszą serią, oddech krótki, głowa ciężka. Każdego z tych trzech dni wchodziłem na trening z tą samą myślą: dzisiaj odpuszczę, przecież nikt nie każe mi tego robić w takim upale.
Nie odpuściłem ani razu. Trzy z trzech. Bez rekordów, bez fajerwerków, bez poczucia, że zrobiłem coś wielkiego. Po prostu zrobione.
Czwartek: nogi powiedziały dość
W czwartek bolały mnie nogi. Nie „trochę niewygodnie” — bolały. Wolne.
Kiedyś taki dzień byłby początkiem końca. Jeden dzień przerwy, potem drugi, potem „od poniedziałku”. Dziś to po prostu część planu. Odpoczynek nie jest kapitulacją. Kapitulacja to wtedy, gdy przerwa trwa trzy tygodnie i nazywasz ją regeneracją.
Piątek: siłowy, bez bieżni
Dziś trening całego ciała. FBW, sam siłowy, cardio odpuszczone świadomie — przy tej temperaturze bieżnia nie jest treningiem, tylko testem wytrzymałości na własną głupotę. Nogi wróciły na tyle, żeby unieść swoją część roboty.
Bilans
Kilogram mniej. 122 na wadze. Ale liczba jest tu najmniej ciekawa — bardziej interesuje mnie to, że lepiej śpię, mam więcej energii w ciągu dnia i pierwszy raz od dawna wchodzenie po schodach nie jest wydarzeniem.
Motywacja nie przyszła w tym tygodniu ani razu. Trening i tak się odbył. To jest cała różnica między „chcę” a „robię” — i cała reszta tej wojny sprowadza się do tego jednego zdania.