Raz za mało, raz za dużo — a trening po środku bez zmian. Tydzień, w którym talerz skakał w obie strony, a robota i tak została zrobiona, sześć razy na sześć.
Ten tydzień nie był o dyscyplinie przy stole — z tą było różnie. Był o tym, że trening przestał zależeć od tego, jak akurat wygląda talerz. A to dwie osobne roboty.
Poniedziałek · 20.07
Nowy tydzień, a poniedziałek zawsze jest testem — weekend rozleniwia i głowa od rana szuka powodu, żeby zacząć „od jutra”. Wszedłem na bieżnię mimo tego głosu, potem trening siłowy. Komplet. Po wszystkim samopoczucie lepsze niż przed — ta różnica jest za każdym razem i za każdym razem zapominam o niej, zanim zacznę. Rytm z poprzednich tygodni trzyma: nie musiałem się nakręcać, po prostu zrobiłem.
Wtorek · 21.07
Dziwny dzień z jedzeniem — apetytu zero. Nie z dyscypliny, tylko ciało samo nie chciało. Efekt: zszedłem grubo poniżej swojego celu kalorycznego i wcale nie jestem z tego dumny. Wiem, że „za mało” to nie „lepiej”.
Za mało kalorii przy moim treningu to nie oszczędność, tylko dług — który głowa upomni się odebrać z nawiązką wieczorem albo następnego dnia. Notuję to uczciwie, zanim sam sobie to wygładzę. Trening mimo wszystko wszedł: spokojnie, bez rekordów, ale w całości.
Środa · 22.07
Pogoda w końcu ludzka, więc żadnej wymówki nie miałem pod ręką. Trening udany, głowa lekka, nogi lekkie. Cola i słodycze dalej pukają — najgłośniej po południu, dokładnie w tej godzinie, w której siła woli i tak jest już na zerze. Ale w szafce ich nie ma, więc pukanie kończy się na pukaniu. To wciąż najlepsza decyzja tego etapu: nie wygrywać z zachcianką wieczorem, tylko rano, przy liście zakupów.
Czwartek · 23.07
Cięższy dzień w głowie. W połowie treningu odezwał się ten znajomy głos: „wystarczy, odpuść resztę”. Znam go, wiem, jak brzmi, i wiem, że kłamie — bo mówił to samo wtedy, kiedy wcześniej wygrywał. Dziś nie wygrał. Dorobiłem serie ponad ten głos. Każde powtórzenie zrobione dokładnie wtedy, kiedy najłatwiej odpuścić, jest warte trzech zrobionych, kiedy jest lekko.
Piątek · 24.07
Piątek i klasyka: kalorie poszły ponad plan. Nie dramat, ale uczciwie — przedobrzyłem. Wyszło wyraźnie więcej, niż miało wyjść.
Najważniejsze zdarzyło się w głowie: widzę to na bieżąco i nazywam po imieniu, zamiast udawać, że się nie stało. Dawniej taki piątek był pretekstem, żeby spalić cały weekend „skoro i tak już”. Dziś to jedna zapisana linijka, nie koniec wojny. Trening zrobiłem wcześniej, więc dzień i tak wychodzi na plus.
Sobota · 25.07
Domknięcie tygodnia. Ostatni trening w tym rozliczeniu — bez fajerwerków, po prostu zrobiony. Sześć z sześciu. Patrzę na tydzień jako całość: raz zjadłem za mało, raz za dużo, a trening ani razu nie zależał od tego, co działo się na talerzu. I to jest cała lekcja tego tygodnia — jedzenie i ruch to dwie osobne roboty. Jedną mogę w danym dniu spartolić, a druga i tak ma się odbyć.
Bilans
Sześć treningów, sześć na sześć. W jedzeniu dwa wahnięcia w przeciwne strony — wtorek za mało z braku apetytu, piątek za dużo — i oba zapisane, zamiast zamiecione pod dywan. Cola i cukier dalej próbują wejść na miejsce po alkoholu i papierosach; trzyma je pusta szafka, nie siła woli. Waga stoi na 122 — ale to najmniej ciekawa liczba tego tygodnia.
Raz za mało, raz za dużo, trening po środku bez zmian. Tydzień nie musi być idealny — musi być zapisany i doprowadzony do końca. Ten był.