Autor: dreamwalker

  • Apetyt robił, co chciał. Trening robił swoje

    Raz za mało, raz za dużo — a trening po środku bez zmian. Tydzień, w którym talerz skakał w obie strony, a robota i tak została zrobiona, sześć razy na sześć.

    BEZ ALKOHOLU
    297 dni
    BEZ PAPIEROSÓW
    146 dni
    WAGA
    122 kg

    Ten tydzień nie był o dyscyplinie przy stole — z tą było różnie. Był o tym, że trening przestał zależeć od tego, jak akurat wygląda talerz. A to dwie osobne roboty.

    Poniedziałek · 20.07

    Nowy tydzień, a poniedziałek zawsze jest testem — weekend rozleniwia i głowa od rana szuka powodu, żeby zacząć „od jutra”. Wszedłem na bieżnię mimo tego głosu, potem trening siłowy. Komplet. Po wszystkim samopoczucie lepsze niż przed — ta różnica jest za każdym razem i za każdym razem zapominam o niej, zanim zacznę. Rytm z poprzednich tygodni trzyma: nie musiałem się nakręcać, po prostu zrobiłem.

    Wtorek · 21.07

    Dziwny dzień z jedzeniem — apetytu zero. Nie z dyscypliny, tylko ciało samo nie chciało. Efekt: zszedłem grubo poniżej swojego celu kalorycznego i wcale nie jestem z tego dumny. Wiem, że „za mało” to nie „lepiej”.

    Za mało kalorii przy moim treningu to nie oszczędność, tylko dług — który głowa upomni się odebrać z nawiązką wieczorem albo następnego dnia. Notuję to uczciwie, zanim sam sobie to wygładzę. Trening mimo wszystko wszedł: spokojnie, bez rekordów, ale w całości.

    Środa · 22.07

    Pogoda w końcu ludzka, więc żadnej wymówki nie miałem pod ręką. Trening udany, głowa lekka, nogi lekkie. Cola i słodycze dalej pukają — najgłośniej po południu, dokładnie w tej godzinie, w której siła woli i tak jest już na zerze. Ale w szafce ich nie ma, więc pukanie kończy się na pukaniu. To wciąż najlepsza decyzja tego etapu: nie wygrywać z zachcianką wieczorem, tylko rano, przy liście zakupów.

    Czwartek · 23.07

    Cięższy dzień w głowie. W połowie treningu odezwał się ten znajomy głos: „wystarczy, odpuść resztę”. Znam go, wiem, jak brzmi, i wiem, że kłamie — bo mówił to samo wtedy, kiedy wcześniej wygrywał. Dziś nie wygrał. Dorobiłem serie ponad ten głos. Każde powtórzenie zrobione dokładnie wtedy, kiedy najłatwiej odpuścić, jest warte trzech zrobionych, kiedy jest lekko.

    Piątek · 24.07

    Piątek i klasyka: kalorie poszły ponad plan. Nie dramat, ale uczciwie — przedobrzyłem. Wyszło wyraźnie więcej, niż miało wyjść.

    Najważniejsze zdarzyło się w głowie: widzę to na bieżąco i nazywam po imieniu, zamiast udawać, że się nie stało. Dawniej taki piątek był pretekstem, żeby spalić cały weekend „skoro i tak już”. Dziś to jedna zapisana linijka, nie koniec wojny. Trening zrobiłem wcześniej, więc dzień i tak wychodzi na plus.

    Sobota · 25.07

    Domknięcie tygodnia. Ostatni trening w tym rozliczeniu — bez fajerwerków, po prostu zrobiony. Sześć z sześciu. Patrzę na tydzień jako całość: raz zjadłem za mało, raz za dużo, a trening ani razu nie zależał od tego, co działo się na talerzu. I to jest cała lekcja tego tygodnia — jedzenie i ruch to dwie osobne roboty. Jedną mogę w danym dniu spartolić, a druga i tak ma się odbyć.

    Bilans

    Sześć treningów, sześć na sześć. W jedzeniu dwa wahnięcia w przeciwne strony — wtorek za mało z braku apetytu, piątek za dużo — i oba zapisane, zamiast zamiecione pod dywan. Cola i cukier dalej próbują wejść na miejsce po alkoholu i papierosach; trzyma je pusta szafka, nie siła woli. Waga stoi na 122 — ale to najmniej ciekawa liczba tego tygodnia.

    Raz za mało, raz za dużo, trening po środku bez zmian. Tydzień nie musi być idealny — musi być zapisany i doprowadzony do końca. Ten był.

  • Dzień, w którym wszystko zagrało

    Samopoczucie super, pogoda dopisała, plan dnia w pełni utrzymany. Żadnej walki, żadnego przymuszania — po prostu zrobione. Jutro zasłużony odpoczynek.

    BEZ ALKOHOLU
    290 dni
    BEZ PAPIEROSÓW
    139 dni
    WAGA
    122 kg

    Są dni, które trzeba wyrwać siłą. Ten do nich nie należał.

    Samopoczucie od rana super. Pogoda w porządku — bez upału, który w zeszłym tygodniu zamieniał każdy trening w test wytrzymałości. Po prostu dobry dzień, w którym ciało i głowa grały do jednej bramki.

    Wszystko utrzymane

    Plan dnia zrealizowany w całości. Bez negocjacji z samym sobą, bez szukania wymówek, bez tego wewnętrznego głosu, który podpowiada, że „dziś można odpuścić”. Nie musiałem się z nim kłócić, bo w ogóle się nie odezwał.

    I to jest w tym wszystkim najciekawsze. Kilka tygodni temu utrzymanie planu było walką. Dziś było po prostu tym, co robię. Bez fajerwerków, bez poczucia bohaterstwa — rutyna, która przestała boleć.

    Jutro odpoczynek — i to też jest plan

    Niedziela to dzień wolny. Świadomie, nie z lęku. Odpoczynek jest częścią tej samej roboty co trening — ciało buduje się w przerwie, nie pod sztangą. Kiedyś dzień wolny był początkiem tygodniowej obsuwy. Dziś jest zaplanowanym przystankiem, po którym wracam.

    Tyle na dziś. Dobry dzień nie potrzebuje wielu słów — potrzebuje tylko zostać zapisany, żeby było widać, że nie wszystkie są pod górkę.

  • Motywacja nie przyszła. Trening i tak się odbył

    Trzy dni upału, jeden dzień na regeneracji i jeden kilogram mniej. Tydzień, w którym nic mi się nie chciało — i w którym nic nie odpuściłem.

    BEZ ALKOHOLU
    289 dni
    BEZ PAPIEROSÓW
    138 dni
    WAGA
    122 kg ↓ 1

    Są tygodnie, w których człowiek czuje się jak maszyna. Ten do nich nie należał.

    Trzy dni, w których powietrze stało w miejscu

    Od poniedziałku do środy było gorąco i duszno. Nie „ładna pogoda” — duszno. Koszulka mokra przed pierwszą serią, oddech krótki, głowa ciężka. Każdego z tych trzech dni wchodziłem na trening z tą samą myślą: dzisiaj odpuszczę, przecież nikt nie każe mi tego robić w takim upale.

    Nie odpuściłem ani razu. Trzy z trzech. Bez rekordów, bez fajerwerków, bez poczucia, że zrobiłem coś wielkiego. Po prostu zrobione.

    Czwartek: nogi powiedziały dość

    W czwartek bolały mnie nogi. Nie „trochę niewygodnie” — bolały. Wolne.

    Kiedyś taki dzień byłby początkiem końca. Jeden dzień przerwy, potem drugi, potem „od poniedziałku”. Dziś to po prostu część planu. Odpoczynek nie jest kapitulacją. Kapitulacja to wtedy, gdy przerwa trwa trzy tygodnie i nazywasz ją regeneracją.

    Piątek: siłowy, bez bieżni

    Dziś trening całego ciała. FBW, sam siłowy, cardio odpuszczone świadomie — przy tej temperaturze bieżnia nie jest treningiem, tylko testem wytrzymałości na własną głupotę. Nogi wróciły na tyle, żeby unieść swoją część roboty.

    Bilans

    Kilogram mniej. 122 na wadze. Ale liczba jest tu najmniej ciekawa — bardziej interesuje mnie to, że lepiej śpię, mam więcej energii w ciągu dnia i pierwszy raz od dawna wchodzenie po schodach nie jest wydarzeniem.

    Motywacja nie przyszła w tym tygodniu ani razu. Trening i tak się odbył. To jest cała różnica między „chcę” a „robię” — i cała reszta tej wojny sprowadza się do tego jednego zdania.

  • Przedobrzyłem, ale nie płaczę

    Jest moc. Nadal prowadzę w tej wojnie, którą toczę sam ze sobą, i nadal idę do celu — bez zwalniania. Trening dzisiaj ogarnięty w całości, bez dyskusji i bez negocjacji z samym sobą. To już nie jest zryw na motywacji, to powoli staje się rytmem. A rytm jest silniejszy od zapału, bo nie pyta, czy dziś ci się chce.

    Uczciwie: z kaloriami dziś przedobrzyłem. Wyszło ponad to, co miało wyjść. Ale najważniejsze zdarzyło się w głowie — jestem tego świadom. Widzę to na bieżąco i nazywam po imieniu, zamiast udawać przed sobą, że się nie stało. I to jest cała różnica między teraz a tym, jak było wcześniej: dawniej potknięcie było pretekstem, żeby odpuścić cały dzień, a potem cały tydzień. Dziś potknięcie to jedna zapisana linijka, nie koniec wojny. Nie płaczę nad tym. Notuję i lecę dalej.

    I powiem mało skromnie, bo chyba mam do tego prawo: idzie mi to bardzo dobrze — jak na mnie. Nie porównuję się z nikim innym, tylko z tym facetem, którym byłem wcześniej. A ten dystans już widać. Świadomość zamiast wymówek, ruch zamiast leżenia, jeden gorszy element zamiast całego spalonego dnia. Jadę dalej.

  • Młody bóg z lekką nadwagą

    Kiedyś środek dnia był moim wrogiem numer jeden — zasypiałem na siedząco, mimo że niby spałem w nocy wystarczająco. Dziś? Zero. Ani jednego momentu, w którym ciało błagało o drzemkę. Chodzę cały dzień na pełnych obrotach i dopiero teraz widzę, ile ten ciągły zjazd energii wcześniej mi zabierał. To nie jest jeszcze waga na wadze — to jest głowa i ciało, które przestały się wlec. I tego uczucia nikt mi nie odbierze.

    Z jedzeniem spokój, jakiego dawno nie miałem. Nie liczę każdego kęsa z paniką, nie wykreślam całych grup produktów — jem normalnie, wszystko. Cała robota polega na jednym: żeby na koniec dnia kalorie się zgadzały. Tyle. Bez wojny z talerzem, bez karania się za zwykły posiłek. Okazuje się, że kiedy pilnujesz sumy, a nie pojedynczego kawałka, głowa przestaje traktować jedzenie jak pole bitwy. I dopiero wtedy da się to ciągnąć dłużej niż tydzień.

    Treningi porobione, dzień znów zaliczony — kolejny wygrany. Czuję się odmłodzony, pędzę za swoimi celami niczym młody bóg… no, chwilowo jeszcze z lekką nadwagą :p Ale to „chwilowo” jest tu najważniejszym słowem. Bóg z brzuchem to wciąż bóg w budowie. Jadę dalej.

  • Demon mówił przestań

    Pogoda pod psem, a mimo to jeden z tych dni, które w środku wyglądają lepiej niż za oknem. Samopoczucie ciężkie, ale dobre — czuję się lżejszy i silniejszy. Wiem, że po kilku dniach to jeszcze nie ciało, tylko głowa. Ale nie odbieram sobie tego uczucia, bo ono napędza. Jak już coś ma mną kierować, to niech to będzie to.

    Z jedzeniem dziś krucho i muszę to zapisać uczciwie, zanim sam sobie to wygładzę. Apetytu zero, zjadłem mało — a to, co powinno być plusem, zamieniłem w minus, bo kalorie nadrobiłem chipsami i colą. Wiem, jak to wygląda, i wiem, że to dokładnie ten mechanizm, który już raz mnie podchodził: mało jem, więc głowa uznaje, że należy jej się nagroda. Notuję to tutaj, żeby za tydzień nie udawać, że nie było sygnału.

    Za to trening wszedł cały i czuję każdą partię, więc zadziałał. W połowie odezwał się on — ten głos, który mówi „przestań, wystarczy”. Znam go. Wspinam się dalej. Każde powtórzenie ponad ten głos jest warte trzech zrobionych, kiedy jest lekko. Mój demon mówił przestań. Ja wspinałem się dalej. Jest moc. Powodzonka wszystkim, którzy dziś też robią swoje mimo głosu w głowie.

  • Zmieniam sposób, nie kierunek

    Pogoda pod psem — szaro, pochmurno, przelotne deszcze przez cały dzień. Taka aura, przy której człowiekowi nic się nie chce i najchętniej przeleżałby dzień pod kocem. A jednak trening zaliczony i to udany. Jest moc, jest motywacja, jest ta różnica w samopoczuciu, której nie da się wytłumaczyć nikomu, kto nie wstał i nie zrobił swojego. Lżej mi. Po prostu lżej — w nogach, w głowie, w oddechu. To jest ta jedna rzecz, którą trening oddaje od razu, bez czekania na wagę.

    Musiałem jednak wprowadzić zmiany, bo noga daje o sobie znać. Zamiast jednego marszu po 55 minut robię teraz dwa po 30 — rano i wieczorem. Efekt czasowy podobny, a staw i mięsień to wytrzymują, zamiast puchnąć do wieczora. To nie jest odpuszczenie. To jest zmiana sposobu, nie kierunku. Cel mam wyznaczony i idę do niego dalej, tylko inną trasą — bo jedyny sposób, żeby przegrać tę wojnę, to zatrzymać się na dobre.

    Druga rzecz, którą muszę zapisać, zanim sam przed sobą ją zamiotę pod dywan: kalorie na razie trzymam w ryzach, ale zaczyna ciągnąć. Do coli. Do słodyczy, i to nie do jednego batonika, tylko do „większej ilości” — a to słowo znam aż za dobrze. Odstawiłem alkohol, odstawiłem papierosy, i głowa szuka teraz czegoś, co da jej ten sam szybki zastrzyk. Cukier zgłasza się na ochotnika. Nie zamierzam z tym walczyć siłą woli, bo siła woli kończy się o dwudziestej pierwszej. Zamierzam to załatwić logistyką: w domu nie ma coli, nie ma słodyczy, jest woda gazowana z cytryną. Czego nie ma w szafce, tego się nie zje o dwudziestej drugiej. Zapisuję to tutaj, żeby za tydzień nie udawać, że nic nie zapowiadało nawrotu.

  • Słomiany zapał odezwał się na drugim dniu

    Przyszło szybciej, niż myślałem. Rano głowa już podsuwała gotowe wymówki: noga boli, mięsień ciągnie, jeden dzień przerwy nic nie zmieni. Znam ten głos — to dokładnie ten sam, który wcześniej wygrywał za każdym razem. Dziś nie wygrał. Wszedłem na bieżnię, potem trening siłowy. Mięsień w nodze dawał o sobie znać przez całą sesję, więc odpuściłem ciężar, ale nie odpuściłem treningu. Skończyłem wszystko, co miałem zaplanowane.

    Najdziwniejsze jest to, co przyszło potem. Samopoczucie lepsze niż od dawna — nie euforia, tylko spokój człowieka, który dotrzymał słowa samemu sobie. I to jest cała lekcja z dnia drugiego: zapał nie jest paliwem, tylko pogodą. Raz jest, raz go nie ma. Trening ma się odbyć niezależnie od pogody. Ból w nodze każe mi być ostrożnym i będę go obserwował, ale wymówka i kontuzja to nie to samo — i muszę nauczyć się je rozróżniać, zanim jedna zacznie udawać drugą.

  • Pierwszy odnotowywany dzień odchudzania

    Dzień pochmurny, deszczowo, więc i brak weny na trening. Ale muszę się przemóc i nie załamywać — biorę sprawy w swoje ręce. Zaczynam od marszu na bieżni przez 50 minut. Po obiedzie znów zmuszanie się, żeby zrobić trening siłowy — ale udało się, sesja zaliczona. Jest moc.

    Wiem, że sam zapał nie wystarczy — u mnie zawsze gasł po kilku dniach. Dlatego robię to jawnie, tutaj. Jeśli ktoś to czyta i zna to uczucie, to jest nas dwóch, którzy próbują nie odpuścić. A skoro dzień jest tu policzony i zapisany, trudniej go olać — i o to właśnie chodzi. Ten dziennik ma mnie napędzać do działania.