Zmieniam sposób, nie kierunek

Pogoda pod psem — szaro, pochmurno, przelotne deszcze przez cały dzień. Taka aura, przy której człowiekowi nic się nie chce i najchętniej przeleżałby dzień pod kocem. A jednak trening zaliczony i to udany. Jest moc, jest motywacja, jest ta różnica w samopoczuciu, której nie da się wytłumaczyć nikomu, kto nie wstał i nie zrobił swojego. Lżej mi. Po prostu lżej — w nogach, w głowie, w oddechu. To jest ta jedna rzecz, którą trening oddaje od razu, bez czekania na wagę.

Musiałem jednak wprowadzić zmiany, bo noga daje o sobie znać. Zamiast jednego marszu po 55 minut robię teraz dwa po 30 — rano i wieczorem. Efekt czasowy podobny, a staw i mięsień to wytrzymują, zamiast puchnąć do wieczora. To nie jest odpuszczenie. To jest zmiana sposobu, nie kierunku. Cel mam wyznaczony i idę do niego dalej, tylko inną trasą — bo jedyny sposób, żeby przegrać tę wojnę, to zatrzymać się na dobre.

Druga rzecz, którą muszę zapisać, zanim sam przed sobą ją zamiotę pod dywan: kalorie na razie trzymam w ryzach, ale zaczyna ciągnąć. Do coli. Do słodyczy, i to nie do jednego batonika, tylko do „większej ilości” — a to słowo znam aż za dobrze. Odstawiłem alkohol, odstawiłem papierosy, i głowa szuka teraz czegoś, co da jej ten sam szybki zastrzyk. Cukier zgłasza się na ochotnika. Nie zamierzam z tym walczyć siłą woli, bo siła woli kończy się o dwudziestej pierwszej. Zamierzam to załatwić logistyką: w domu nie ma coli, nie ma słodyczy, jest woda gazowana z cytryną. Czego nie ma w szafce, tego się nie zje o dwudziestej drugiej. Zapisuję to tutaj, żeby za tydzień nie udawać, że nic nie zapowiadało nawrotu.